Piątek, okolice południa. Siedzimy z Kasią w naszej  pracowni popijając kawę. Rozpoczęliśmy dokładne planowanie pracy wieczorem - w końcu jest trochę do zrobienia: 6 kompozycji na stoły gości, kompozycja na stół Państwa Młodych, szwed. Wszystko ma być w charakterze jesiennym. Tonacja dominująca – brązy, beże, pomarańcze. Ma być pięknie, kolorowo. Złota polska jesień. Zakupy zrobione. Musimy tylko ustalić, kto, co i kiedy, żeby nie siedzieć do samego rana, ale i nie można zacząć zbyt wcześnie, kwiaty mają być świeże.
Wydawałoby się, że wszystko mamy wstępnie ustalone. Jest tylko małe ale… Nie wiedzieliśmy jakie. Coś po prostu nie dawało nam spokoju. Przynieśliśmy z pokoju komputer, wujek google, grafika
i szukanie inspiracji…
- A może zamiast w szkle, kompozycje przygotujemy w dyniach? – rzuciłem w przestrzeń, nie do końca świadomy, że mówię to na głos.
- Jak w dyniach? – zapytała zaskoczona Kasia.
- Wydrążymy dynie. Będzie bardziej jesiennie…
W oczach Kasi zobaczyłem błysk. Taką iskierkę, która była tak wymowna, jak tylko się da. Bez słowa złapała za telefon i wykonała połączenie.
- Cześć, tu Kaśka. Czy będziesz miał u siebie od ręki z 10 dyń… - chwila rozmowy zakończona szerokim uśmiechem – Ok, zaraz dam Ci znać, muszę zadzwonić do klientki.
- I co? – zapytałem raczej retorycznie.
- Zaraz… - rzuciła od niechcenia, jednocześnie klepiąc na komputerze.
„OK” – pomyślałem. „Nie będę Pani przeszkadzał”. I wyszedłem do pokoju lekko zirytowany. Po chwili jednak wróciłem, ciekawość zwyciężyła. Tymczasem moja małżonka już klepała w telefon.
- … Dzień dobry Pani Aneto, Katarzyna Jarosz z tej strony, kwiaciarnia… Nie, nic się nie stało. Ale dzwonię w pewnej sprawie. Proszę się nie przestraszyć, ale przesłałam Pani właśnie maila… Nie, nie! Nie wycofuję się, spokojnie. Proszę odebrać maila i powiedzieć, czy taka koncepcja Pani odpowiada. Wiem, że wesele już jutro, ale wpadliśmy z mężem na taki pomysł… Ok, czekam – na twarzy Kasi ewidentnie można było zauważyć skupienie. I napięcie. Chyba z całych sił starała się przeniknąć przez telefon na drugą stronę, by spojrzeć na klientkę. Aż nagle… twarz Kasi zaróżowiła się jak wiosenna róża, a cała jej istota widocznie się odprężyła – To się cieszę. W takim razie jedziemy po dynie. Do zobaczenia! – i odłożyła telefon na stół. – Usłyszałam, jak jej narzeczony wydarł się z daleka: „Bierzemy!”…

                                                         ***

W moim przekonaniu tak spontaniczne akcje często dają najciekawszy efekt. Choć nie zawsze i nie wszędzie można tych dyń użyć, to Witkowa Chata nadaje się do tego idealnie.
Poniżej pokazujemy kilka zdjęć zarówno z ‘etapu produkcji’, jak i z ostatecznego wyniku. Wszystkie zdjęcia z Sali znajdziecie tutaj.